Aktywności Wzmacniające Więzi Rodzinne Od Gier Planszowych po Wspólne Podróże
Kiedy myślę o naszych rodzinnych wieczorach, pierwsze, co widzę przed oczami, to stół zastawiony kartami, pionkami i kubkiem herbaty, który ktoś znowu postawił za blisko planszy. Kiedyś te chwile były wyjątkiem – dziś są jednym z najważniejszych rytuałów w moim tygodniu. Jako dziennikarka i mama, która od lat obserwuje życie rodzin „od środka”, za każdym razem widzę to samo: im więcej prawdziwego czasu razem, tym bezpieczniejsze i spokojniejsze dzieci, tym bliżsi sobie dorośli.
I bardzo często pierwszym krokiem do tego „prawdziwego razem” nie są wielkie podróże za granicę, tylko… zwykłe pudełko z grą planszową wyciągnięte z szafy.
Dlaczego gry planszowe robią taką różnicę w rodzinie
Zdarzyło mi się kiedyś, w wyjątkowo zabiegany tydzień, rzucić mimochodem: „Dobra, to choć zagramy jedną krótką rundę przed snem”. Skończyło się na półtoragodzinnej rozgrywce, śmiechu do łez i pytaniu mojego dziecka: „Mamo, czemu my tak nie robimy częściej?”. To było bolesne, ale potrzebne przypomnienie, że dzieci najbardziej pamiętają to, kiedy jesteśmy naprawdę obecne, a nie tylko fizycznie w domu.
Gry planszowe świetnie „odcinają” od elektroniki. Kiedy cała rodzina siedzi przy jednym stole, nie da się jednocześnie scrollować telefonu i sensownie grać. Plansza wymusza kontakt wzrokowy, rozmowę, reagowanie na emocje innych. To brzmi banalnie, ale w świecie ciągłych powiadomień to już luksus.
Podczas wspólnej gry pojawia się też coś, czego często brakuje w codziennym biegu – swobodna rozmowa. Nagle nastolatek, który na pytanie „jak w szkole?” zwykle burczy „spoko”, zaczyna opowiadać o znajomych, bo przy okazji żartujecie z absurdalnych skojarzeń w Dixicie. A dziadek, który zwykle narzeka na „te wasze gry”, po trzeciej partii Dobble wciąga się tak, że cieszy się jak dziecko, gdy pierwszy zauważy wspólny symbol.
Z mojego doświadczenia właśnie takie pozornie „niepoważne” momenty tworzą fundament zaufania. Dziecko widzi rodzica, który też się myli, przegrywa, śmieje się z siebie. To bezcenny kontrast dla codziennych sytuacji, w których jesteśmy tymi „poważnymi” – od odrabiania lekcji po ustalanie granic.
Co gry planszowe robią z mózgiem i sercem dziecka
Pamiętam pierwszą partię gry szacunkowej z sześciolatkiem znajomych. Pytanie było o to, ile kilometrów ma Wisła. Dorośli zaczęli kombinować, porównywać, przeliczać, a on bez chwili zastanowienia rzucił jakąś liczbę, bardzo bliską prawdziwej. Nie miał jeszcze strategii, miał za to odwagę zgadywać. I to jest coś, co bardzo lubię w grach – dają dzieciom przestrzeń do intuicji, próbowania, pomyłek bez oceniania.
Podczas gry dziecko niemal „przy okazji” ćwiczy:
- myślenie strategiczne – planuje ruchy kilka kroków naprzód, przewiduje konsekwencje swoich decyzji
- logikę i matematykę – liczy, porównuje, szacuje, układa sekwencje
- koncentrację – bo jeśli „odpłynie”, straci ważny moment w rozgrywce
Ale to dopiero połowa historii. Druga połowa dzieje się w relacjach. Gry są świetnym laboratorium umiejętności społecznych: uczą czekania na swoją kolej, respektowania zasad, odczytywania emocji innych. W kooperacyjnych tytułach dzieci doświadczają, jak to jest naprawdę współpracować – wspólnie wygrywać albo wspólnie przegrywać. To bardzo odciąża wrażliwe maluchy, dla których przegrana „przeciwko komuś” bywa ciosem w samoocenę.
W zespołowych grach z wyzwaniami poznawczymi pięknie widać też coś, co później przydaje się w podróżach czy rodzinnych projektach: naturalny podział ról. Ktoś widzi całość, ktoś inny pilnuje szczegółów, ktoś jest „mózgiem od puzzli”. Ta rywalizacja o „części układanki mózgu” uczy, że każdy ma swoje mocne strony i że razem naprawdę da się zrobić więcej.
Jeszcze jeden ważny aspekt to regulacja emocji. Na planszy bezpiecznie testujemy radość, frustrację, zaskoczenie, dumę. Dziecko uczy się, że można się zezłościć i nie zniszczyć gry, że po przegranej runda się kończy, ale relacja zostaje. Ja sama nie raz łapałam się na tym, że to ja uczę się przegrywać z klasą od własnych dzieci.
Most między pokoleniami: dziadkowie, wnuki i wspólna plansza
Jedna z moich ulubionych scenek rodzinnych to ta, kiedy babcia, która całe życie grała co najwyżej w karty, próbuje nadążyć za wnuczką w Dobble. Najpierw opór („ja się na tym nie znam”), potem pierwsza runda, drugi pojedynek… a po chwili słychać już tylko: „Jeszcze raz!”. Tego typu momenty pięknie pokazują, że planszówki potrafią naprawdę łączyć pokolenia.
Badania nad wspólnym graniem dziadków z wnukami potwierdzają to, co wiele z nas czuje intuicyjnie. W jednej z analiz, obejmujących 11 par międzypokoleniowych, zaobserwowano wyraźną poprawę jakości więzi rodzinnych i wzrost zachowań prospołecznych u starszych członków rodziny. W praktyce oznacza to więcej cierpliwości, czułości, realnego zainteresowania życiem dzieci.
Gry stają się tu pretekstem do spotkania, ale tak naprawdę chodzi o:
- bezpośredni kontakt – rozmowy przy stole, wymianę spojrzeń, dotyk ręki na ramieniu
- naturalne sytuacje, w których dziadkowie pokazują swoje zasady, poczucie humoru, styl myślenia
- momenty, w których dzieci widzą ich nie jako „surowych dorosłych”, ale partnerów zabawy
Ogromną rolę gra tu prostota zasad. Dobble z ośmioma symbolami na każdej karcie, które zawsze łączą się jednym wspólnym symbolem, to wbrew pozorom świetny trening logiki dla dzieci i seniorów – oparty na bardzo sprytnej matematycznej konstrukcji (geometria projektowa, jeśli lubisz naukowe smaczki). Z kolei gry z serii „Dzieci kontra Rodzice” potrafią wywołać lawinę rozmów – kiedy wnuk nagle odkrywa, że babcia zna odpowiedzi na pytania o państwa i miasta, a przy okazji zaczyna opowiadać o swoich podróżach z młodości.
Ta międzypokoleniowa wartość pięknie zbiera poniższe zestawienie:
| Aspekt | Wpływ na więzi rodzinne | Przykład z badania | Znaczenie dla relacji międzypokoleniowych |
|---|---|---|---|
| Wspólna gra dziadków z wnukami | Wzmacnia relacje i zachowania prospołeczne | 11 par międzypokoleniowych wykazało pozytywny wpływ | Ułatwia bezpośrednie interakcje i buduje zaufanie |
| Uniwersalność planszówek | Przystępność dla różnych grup wiekowych | Łatwe zasady, angażujące dla wszystkich | Integruje rodzinę przy wspólnej aktywności |
| Interakcje bezpośrednie | Podstawa zanikających relacji międzyludzkich | Wspólne spędzanie czasu sprzyja rozmowom | Pomaga przełamać bariery komunikacyjne |
Z perspektywy lat widzę jedno: kiedy dziadkowie i wnuki spotykają się przy planszy, dostają bezpieczne terytorium, na którym nikt nie musi być „idealny”. Wystarczy, że jesteśmy razem.
Jakie gry wybierać, żeby naprawdę łączyły rodzinę
Nieraz słyszę od czytelniczek: „Joanna, mamy w domu trzy gry i żadna nie podeszła, chyba to nie dla nas”. A potem okazuje się, że w domu jest tylko jedna rodzinna „kobyła” na dwie godziny, jeden bardzo skomplikowany tytuł i jedna gra, która w praktyce bawi tylko pięciolatka. Nic dziwnego, że wspólne granie się nie klei.
Przy wyborze gier myślę zawsze o trzech rzeczach: wieku dzieci, liczbie osób i poziomie emocji w rodzinie. Dla dużych rodzin sprawdzają się tytuły, które mieszczą 2–8 osób i trwają 10–15 minut – jak Dobble. Idealne na szybki „reset” po kolacji. Bardzo lubię też zaczynać od gier kooperacyjnych, szczególnie z młodszymi dziećmi i wrażliwymi nastolatkami. Brak „kto kogo ograł” bardzo obniża napięcie i ułatwia budowanie zaufania, zanim wprowadzimy gry mocno rywalizacyjne.
Z nastolatkami świetnie sprawdza się Dixit albo memory z serii „Dzieci kontra Rodzice”. Abstrakcyjne skojarzenia w Dixicie potrafią rozbroić nawet milczącego piętnastolatka – nagle ktoś rzuca hasło, które wszyscy uznają za kompletnie absurdalne, i śmiech robi swoje. Do tego Dixit w bardzo delikatny sposób rozwija empatię: żeby dobrze zagrać, trzeba spróbować zgadnąć, jak dana osoba myśli, jakie ma skojarzenia, co może widzieć w danej ilustracji. To piękny trening „wchodzenia w cudze buty”.
Z kolei „Dzieci kontra Rodzice: Memory” często jest dla starszych dzieci szansą, żeby „pokonać dorosłych” w obszarach geograficznych czy okołopodróżniczych, a przy okazji prowokuje rozmowy o wymarzonych wyjazdach. Po takiej partii łatwiej przysiąść nad mapą i wspólnie planować ferie.
Dla rodzin, które lubią bardziej „mięsiste” gry, mam trzy sprawdzone typy:
- Catan – klasyk, który świetnie buduje nawyk planowania kilku ruchów naprzód. Dzięki dodatkom („Żeglarze”, „Kupcy i Barbarzyńcy”, „Miasta i Rycerze”) każda partia może wyglądać inaczej. Dzieci uczą się tu zarządzania zasobami i negocjacji („Dam ci owcę za glinę”), co później pięknie przekłada się choćby na planowanie budżetu wakacji.
- Trylogia Century („Korzenny Szlak”, „Cuda Wschodu”, „Nowy Świat”) – gry z prostymi zasadami, ale dające dużo satysfakcji z układania własnej strategii. Kolorowe kosteczki, wymiany, przetwarzanie surowców – to wszystko w bardzo rodzinnej formie.
- Carcassonne – cudowna dla osób, które lubią „budować”. Kładąc kafelki, tworzymy średniowieczne miasta, drogi, klasztory. Bez wielkich deklaracji uczymy dzieci planowania przestrzennego i tego, jak elementy łączą się w całość. Ciekawie widać też, jak później takie dzieci lepiej odnajdują się w czasie podróży, wspólnie odkrywając mapy czy planując trasę zwiedzania.
⚡ PRO TIP: zanim kupisz kolejną „modną” grę, zadaj sobie dwa pytania: z iloma osobami realnie będziemy grać na co dzień i czy moje dziecko jest bardziej wrażliwe na przegrywanie czy raczej lubi rywalizację. To bardzo ułatwia dobór tytułu i oszczędza rozczarowań.
Gry a podróże: jak planszówki pomagają wyruszyć w świat razem
Jedną z najpiękniejszych rozmów z moją córką o podróżach zaczęły… planszówki. Grałyśmy w grę o miastach świata, w której trzeba było kojarzyć państwa, stolice i charakterystyczne miejsca. W pewnym momencie usłyszałam: „Mamo, a możemy kiedyś pojechać tam, gdzie jest ta katedra?”. I tak od karty na stole przeszłyśmy do wspólnego przeglądania zdjęć w przewodniku.
Gry z elementami geografii – jak różne wersje „Miast świata” czy właśnie „Dzieci kontra Rodzice” z pytaniami o państwa, stolice, zabytki – świetnie przygotowują dzieci do wyjazdów. Zanim rodzina ruszy w drogę, dzieci mają już w głowie pewien obraz miejsc, do których jadą. To sprawia, że podróż staje się bardziej interaktywna: dziecko na miejscu rozpoznaje to, o czym „grało” przy stole.
W czasie samych wyjazdów bardzo ratują nas małe, szybkie gry. Dobble czy mini wersje klasycznych tytułów mieszczą się w plecaku, a 10–15 minut rozgrywki w pociągu potrafi zdziałać cuda. Z kolei kooperacyjne gry w trakcie wyjazdu uczą rodzinę wspólnego reagowania na niespodzianki: spóźniony pociąg, zgubiona mapa, deszcz zamiast plaży. To ten sam „mięsień” teamworku, który wcześniej ćwiczyliście, walcząc razem z mechaniką gry.
Dzieci już od około szóstego roku życia świetnie odnajdują się w grach szacunkowych – takich, w których nie trzeba znać dokładnych odpowiedzi, tylko je „czuć”. Kiedy w podróży pytasz: „Jak myślisz, ile to ma kilometrów?” albo „Ile schodów już przeszliśmy?”, dziecko, które zna ten format z gier, bardziej angażuje się w świat, zamiast tylko patrzeć w ekran.
Od gier planszowych po podróże – inne aktywności, które zbliżają
Nie każda rodzinna bliskość dzieje się przy planszy – i dobrze. Często po intensywnym okresie grania moje dzieci same mówią: „Dziś może spacer zamiast gry?”. To dla mnie sygnał, że rytuał żyje, oddycha, dopasowuje się do nas.
Spacery i proste zabawy na świeżym powietrzu są naturalnym przedłużeniem tego, co trenujemy przy grach. Podczas gry uczymy współpracy – na dworze przekładamy to na wspólne budowanie bazy w lesie czy wymyślanie zasad do rodzinnej gry w klasy. Planszówki ćwiczą obserwację – na spacerze można bawić się w „kto pierwszy znajdzie pięć czerwonych rzeczy”.
Wspólne gotowanie w domu bywa z kolei bardziej wymagającą „grą kooperacyjną” niż niejedna planszówka. Kiedy cała rodzina przygotowuje kolację, dzieci dostają realne zadania, a na końcu razem korzystamy z efektów. To bardzo podobny schemat jak w grach: ustalamy cel, dzielimy role, uczymy się komunikacji.
A podróże? Tutaj dzieje się magia. Kiedy jesteśmy poza domem, rośnie ilość bodźców, ale też ilość wspólnego czasu. Rodzinne wyjazdy kumulują to, co znamy z planszówek: planowanie, reagowanie na niespodzianki, bycie zespołem. Nieraz widziałam rodziny, które „nauczyły się siebie” przy planszy, a potem dużo sprawniej radziły sobie w podróży – od pakowania po wspólne radzenie sobie z opóźnionym lotem.
Rodzinne rytuały: wieczór gier i wyjazd jako stały punkt roku
Zanim w moim domu pojawił się „oficjalny” wieczór gier, wszystko działo się trochę przypadkowo – raz graliśmy w środę, raz w niedzielę, a potem nagle mijał miesiąc bez żadnej partii. Przełom nastąpił, kiedy umówiliśmy się, że piątkowe wieczory są „nasze”. Nie zawsze są to długie sesje, czasem jedna szybka gra, ale sam fakt, że wszyscy wiedzą: „w piątek wieczorem gramy”, bardzo zmienia nastawienie.
Stały rytuał – czy to wieczór gier, czy niedzielny spacer, czy wspólne śniadanie – daje dzieciom ogromne poczucie bezpieczeństwa. One wiedzą, że niezależnie od chaosu tygodnia, jest coś stałego, co się wydarzy. Wieczory z grami uczą wtedy nie tylko zasad konkretnego tytułu, ale też tego, że rodzina jest „przewidywalna” emocjonalnie.
Podobnie z podróżami. To nie muszą być zagraniczne wojaże kilka razy w roku. Czasem wystarczy jeden, dwa krótsze wyjazdy za miasto – ale zaplanowane wspólnie, omawiane wcześniej, celebrowane później. Kiedy dzieci są włączone w wybór miejsca, pakowanie czy nawet tworzenie prostego „dziennika podróży”, czują, że to naprawdę „nasz” wyjazd, a nie tylko coś, co dorośli im zorganizowali.
Kluczem jest połączenie konsekwencji z elastycznością. Rytuał ma być obecny, ale nie sztywny. Jeśli w danym tygodniu wszyscy jesteście zmęczeni, piątkowy wieczór gier może zamienić się w wspólne oglądanie zdjęć z ostatniej podróży i jedną krótką partyjkę Dobble. Chodzi o jakość bycia razem, nie o „odhaczenie” planu.
Jak często grać i co z tego naprawdę wynika
Dużo osób pyta mnie: „Joanna, jak często grać, żeby to miało sens?”. Odpowiadam wtedy szczerze: lepsza jedna świadoma partia w tygodniu niż pięć wymęczonych rozgrywek, podczas których wszyscy patrzą na zegarek. Jeśli choć raz czy dwa w tygodniu siądziecie razem do gry bez telefonów, bez pośpiechu, efekty naprawdę widać.
W takich momentach:
- dzieci wzmacniają umiejętności społeczne (współpraca, komunikacja, cierpliwość)
- rozwijają logiczne myślenie, planowanie, koncentrację
- uczą się radzić z emocjami – zarówno po wygranej, jak i przegranej
- dorośli mają szansę zobaczyć swoje dzieci „w akcji” w zupełnie innym kontekście
A ponad tym wszystkim jest coś jeszcze – poczucie bycia częścią zespołu. Gry planszowe, dobrze dobrane i wprowadzone z czułością, potrafią stać się prawdziwym narzędziem budowania silnych więzi rodzinnych. Łączą pokolenia, dają pretekst do rozmowy, tworzą wspomnienia, do których się wraca.
Najczęstsze pytania rodziców o gry planszowe
Na koniec zebrałam trzy pytania, które najczęściej pojawiają się w rozmowach z rodzicami.
Czy gry planszowe naprawdę wzmacniają więzi rodzinne?
Z mojego doświadczenia – tak, i to bardzo. Tworzą sytuacje, w których każdy ma swój głos, swoje pięć minut, a relacja nie jest zdominowana przez codzienne „zrób”, „nie rób”, „pośpiesz się”. Wspólna zabawa, śmiech, nawet drobne sprzeczki o zasady, budują poczucie bliskości i tego, że jesteśmy „w tym razem”.
Jakie umiejętności rozwijają gry u dzieci?
Podczas grania dziecko ćwiczy logiczne myślenie, planowanie, przewidywanie skutków swoich decyzji, ale też cierpliwość, czekanie na swoją kolej, wyrażanie emocji i ich nazywanie. W grach z elementem liczenia wzmacnia się też matematyka, a w takich jak Dixit – empatia i rozumienie perspektywy innych.
Czy gry planszowe są faktycznie dla wszystkich pokoleń?
Tak, pod warunkiem, że są dobrze dobrane. Są tytuły idealne dla maluchów, są gry rodzinne, które „udźwigną” i dziadkowie, i nastolatki, są też bardziej zaawansowane strategie dla dorosłych. Kiedy dopasujemy grę do wieku, liczby graczy i temperamentu rodziny, można naprawdę posadzić przy jednym stole trzy pokolenia i zobaczyć, jak dobrze im ze sobą.
Jeśli miałabym podsumować to jednym zdaniem: gry planszowe i wspólne podróże nie są dodatkiem do życia rodzinnego, ale jednym z najprostszych sposobów, by to życie było naprawdę wspólne. I właśnie tego – Twojej rodzinie, i sobie samej – najbardziej życzę.