6‑etapowy model interwencji kryzysowej – jak naprawdę wygląda w praktyce

Jeśli kiedykolwiek siedziałeś naprzeciwko człowieka, który mówi: „Ja już naprawdę nie widzę sensu”, to wiesz, że w takich chwilach nie ma miejsca na teorie z podręcznika. Potrzebny jest prosty, ale solidny schemat, który pomaga się nie pogubić – jemu i tobie.

Tym właśnie dla wielu praktyków jest 6‑etapowy model interwencji kryzysowej Jamesa i Gillilanda. To nie „idealny protokół z książki”, tylko sprawdzona w terenie, elastyczna mapa pierwszej pomocy psychologicznej, szeroko stosowana w Polsce – od szkół, przez poradnie i Ośrodki Interwencji Kryzysowej, po wojsko i pomoc telefoniczną.

Model ma jedno zadanie: doprowadzić osobę w kryzysie z punktu „nie daję rady” do miejsca, w którym znów ma poczucie, że coś od niej zależy – a jeśli potrzeba, bezpiecznie przekazać ją do dalszej terapii czy leczenia.

Co ważne, to proces krótkoterminowy. Zwykle obejmuje do 10 spotkań rozłożonych maksymalnie na około 3 miesiące. Jeśli po tym czasie objawy się nie zmniejszają, nie „kręcimy się dalej w kółko”, tylko jasno sugerujemy kolejne formy pomocy – np. psychoterapię, farmakoterapię czy wsparcie socjalne.

Kryzys i interwencja kryzysowa – o czym tak naprawdę mówimy?

W praktyce kryzys rzadko wygląda spektakularnie. Częściej zaczyna się od zdania: „Nigdy tak się nie czułem”. W literaturze opisuje się go jako stan poważnego zakłócenia funkcjonowania psychicznego, kiedy dotychczasowe sposoby radzenia sobie przestają działać. Czasem stoi za tym pojedyncze zdarzenie traumatyczne, czasem kumulacja trudności.

W takich momentach interwencja kryzysowa pełni rolę „SOR‑u dla psychiki”. To szybka, celowa pomoc, której celem jest:

  • złagodzenie cierpienia tu i teraz,
  • przywrócenie minimalnej stabilności,
  • zatrzymanie rozwijania się poważniejszych zaburzeń.

To nie jest psychoterapia. W interwencji nie grzebiemy we wszystkich wątkach z dzieciństwa, tylko skupiamy się na aktualnym kryzysie, bezpieczeństwie i pierwszych krokach do przodu. Psychoterapia z kolei jest procesem długoterminowym, w którym pracuje się nad głębszymi mechanizmami, schematami, historią życia.

W praktyce często wygląda to tak, że interwencja jest pierwszym etapem – stabilizujemy sytuację, gasimy „pożar”, a potem (jeśli to potrzebne) klient przechodzi do terapii, farmakoterapii czy pracy z innymi specjalistami. Bardzo często dokładamy też elementy pomocy socjalnej, prawnej, materialnej – bo trudno rozmawiać o emocjach, kiedy ktoś nie ma gdzie spać albo nie ma za co kupić leków.

Dwie fazy modelu: wysłuchiwanie i działanie

Autorzy modelu dzielą go na dwie główne fazy:

  • wysłuchiwanie – etapy 1–3,
  • działanie – etapy 4–6.

Na papierze wygląda to porządnie i liniowo. W realnym życiu – jest znacznie bardziej płynne. Są rozmowy, w których w jednym zdaniu słuchasz, w kolejnym już działasz, a po chwili znowu wracasz do uważnego słuchania.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko pisze się w podręcznikach, a w praktyce jest absolutnie kluczowa: ocena. Ocena ryzyka, zasobów, gotowości do współpracy – ona przenika wszystkie etapy. Na każdym kroku dostosowujesz podejście: czasem jesteś bardziej niedyrektywny („idę za klientem”), czasem dyrektywny („tu musimy działać natychmiast”), a czasem kooperatywny („ustalamy razem”).

PRO TIP: Jeśli czujesz, że „coś tu mi nie gra” – zatrzymaj proces, wróć do oceny. Największe błędy w interwencji biorą się zwykle z założenia, że „już wszystko wiem”.

Etap 1: Zdefiniowanie problemu – punkt startu i pierwsza ocena ryzyka

Pamiętam nastolatkę, która przez pierwsze 20 minut mówiła tylko: „Jest źle”. Każde pytanie o konkrety kończyło się milczeniem. Gdybym wtedy „dopowiedział sobie resztę”, pomyliłbym się prawie we wszystkim.

W pierwszym etapie celem jest zrozumienie, co właściwie się dzieje – z perspektywy osoby w kryzysie. Nie z twojej, nie z rodzica, nie z dokumentacji. Z jej.

W praktyce oznacza to:

  • aktywne, empatyczne słuchanie – bez pośpiechu i bez „diagnozowania w locie”,
  • zadawanie prostych, otwartych pytań typu: „Co się wydarzyło?”, „Od kiedy tak się czujesz?”,
  • wyłapywanie słów, których używa klient i… dosłowne ich zapisywanie.

To ostatnie bywa niedoceniane, a jest bardzo praktyczne. Kiedy zapisujemy perspektywę klienta „własnymi słowami”, mamy duże ryzyko, że zaczniemy budować strategie pod naszą interpretację, nie jego doświadczenie.

Równocześnie ten etap ma drugi, absolutnie niezbędny wymiar:
już w pierwszych minutach spotkania trzeba ocenić zagrożenie życia. Szczególną uwagę zwracamy na:

  • myśli i plany samobójcze,
  • wcześniejsze próby,
  • dostęp do środków, którymi można sobie zrobić krzywdę,
  • gwałtowną dekompensację („rozpad” funkcjonowania).

Jeśli pojawia się choć cień wątpliwości – rozmawiamy o tym wprost. W tym miejscu często wprowadzamy też kontrakt niesuicydalny: jasne, wspólnie omówione zobowiązanie do niepodejmowania prób samobójczych przez określony czas (najczęściej około tygodnia) i utrzymywania kontaktu. Zwykle zamyka się to w całym procesie do 10 spotkań.

UWAGA: Kontrakt niesuicydalny nigdy nie zastępuje rzetelnej oceny ryzyka. Jest narzędziem dodatkowym, nie „polisą ubezpieczeniową”.

Na tym etapie często włączamy telefony zaufania lub inne formy natychmiastowego wsparcia – zwłaszcza gdy zagrożenie jest wysokie, a klient między spotkaniami zostaje sam.

Etap 2: Zapewnienie bezpieczeństwa – nie tylko klient, ale i otoczenie

Jedna z trudniejszych sytuacji w mojej pracy to mama w ostrym kryzysie, która wprost mówiła: „Boje się, że zrobię sobie krzywdę przy dzieciach”. Tu nie chodziło już tylko o nią.

W drugim etapie bezpieczeństwo rozumiemy szeroko. To bezpieczeństwo fizyczne i psychiczne:

  • osoby w kryzysie,
  • osób z jej otoczenia (dzieci, partner, współlokatorzy, personel),
  • czasem również interwentów.

Na tym etapie:

  • kontynuujemy ocenę ryzyka samobójczego i agresji,
  • sprawdzamy, czy ktoś w otoczeniu jest narażony na przemoc lub skrajne zaniedbanie,
  • analizujemy, jakie zasoby ochronne już są (bliscy, miejsce pobytu, wcześniejsze doświadczenia radzenia sobie).

Jeśli zagrożenie życia jest bezpośrednie i realne, nie „dajemy jeszcze jednej szansy”, tylko podejmujemy zdecydowane działania: hospitalizacja, wezwanie pogotowia, policji, zespołu ratunkowego. W Polsce to codzienna praktyka w Ośrodkach Interwencji Kryzysowej i poradniach – nie jest oznaką porażki interwenta, tylko odpowiedzialności.

Bezpieczeństwo to także decyzje mniej spektakularne, ale bardzo ważne: zabezpieczenie leków, ostrych narzędzi, zmiana miejsca pobytu choćby na kilka dni, umówienie towarzystwa kogoś zaufanego na wieczory.

Ta ocena jest ciągła – możesz zacząć spotkanie od relatywnego spokoju, a na koniec mieć do czynienia z kimś, kto mówi: „Już nie chcę żyć”. Dlatego etap 2 wraca w tle właściwie na każdym kroku pracy.

Etap 3: Wspieranie – relacja jako główne narzędzie

Pamiętam studenta, który po długiej rozmowie powiedział: „Pierwszy raz ktoś mnie wysłuchał do końca, bez przerywania”. I to był przełom – nie żaden wymyślny test, tylko zwykła, ludzka obecność.

W trzecim etapie w centrum staje relacja pomocowa. Tutaj interwent przestaje być „osobą z procedurą”, a staje się drugim człowiekiem, który jest po stronie klienta. Kluczowe postawy to:

  • empatia – prawdziwa ciekawość tego, jak to jest być po jego stronie,
  • autentyczność – mówienie wprost, bez gry pozorów i fachowego żargonu,
  • akceptacja – bez oceniania, moralizowania, „a ja na twoim miejscu…”.

Właśnie w tym etapie szczególnie mocno widać, jak ważne jest osobiste doświadczenie interwenta – niekoniecznie własne kryzysy, ale kontakt z realnym cierpieniem, refleksja nad własnymi reakcjami, a przede wszystkim superwizje. James i Gilliland wprost podkreślają, że to one budują prawdziwą empatię i autentyczność w interwencji.

Jednocześnie „bycie wspierającym” nie oznacza, że tylko kiwamy głową. Cały czas w tle:

  • monitorujemy poziom ryzyka,
  • zastanawiamy się, jakie inne formy wsparcia trzeba uruchomić (socjalne, prawne, materialne),
  • czasem organizujemy bardzo konkretne rzeczy: paczkę żywnościową, kontakt z prawnikiem, spotkanie z pracownikiem socjalnym.

PRO TIP: Jeśli czujesz, że klient zaczyna na tobie „wieszać” całe swoje bezpieczeństwo – to sygnał, że trzeba dołożyć inne źródła wsparcia (rodzina, grupy, instytucje), a nie bohatersko brać wszystko na siebie.

Na tym etapie często korzystamy również z telefonów zaufania jako przedłużenia wsparcia – szczególnie tam, gdzie dostęp do specjalisty jest ograniczony lub klient mieszka w małej miejscowości.

Etap 4: Rozważanie możliwości – od bezradności do pierwszych opcji

Jedna z moich klientek na początku powtarzała: „Nie mam żadnych opcji”. Po kilkunastu minutach burzy mózgów zeszliśmy z kartką, na której było wypisanych 7 możliwych kroków. Problem nie zniknął, ale lęk spadł wyraźnie.

W czwartym etapie przechodzimy delikatnie z fazy wysłuchiwania do fazy działania. To moment, w którym razem z klientem:

  • reinterpretujemy kryzys – szukamy innego, mniej katastroficznego spojrzenia,
  • szukamy zasobów – wewnętrznych (umiejętności, wcześniejsze sukcesy) i zewnętrznych (ludzie, instytucje, miejsca),
  • brainstormujemy realne opcje – konkretne, możliwe do wdrożenia w jego sytuacji.

Tu bardzo przydają się elementy pozytywnego myślenia, ale rozumianego praktycznie, nie jako „będzie dobrze”. Szukamy momentów, w których klient już sobie z czymś poradził, i sprawdzamy, jak to zrobił. To jest punkt zaczepienia do zmiany interpretacji obecnego kryzysu.

Dużą rolę odgrywa tu też restrukturyzacja poznawcza – łagodna praca z myślami typu „Jestem totalną porażką”, zamienianie ich na bardziej realistyczne: „Zawaliliśmy ten projekt, ale wcześniej radziłem sobie dobrze w innych sytuacjach”. W interwencji nie chodzi o idealnie przeprowadzoną technikę CBT, tylko o to, by w głowie klienta pojawił się choć cień alternatywnej narracji.

Dobrze przeprowadzony etap 4 często obniża poziom lęku już samym faktem, że „coś jednak można”. Nie przyspieszamy go na siłę – u niektórych osób potrzeba dwóch–trzech spotkań, żeby przejść z „nie wiem” do „mam trzy możliwe ruchy”.

Etap 5: Układanie planów – z opcji na konkretne działania

Kiedyś podczas sesji wspólnie z klientem wpisywaliśmy plan działań w kalendarz w telefonie. Na koniec spojrzał na ekran i powiedział: „Pierwszy raz od tygodnia mam poczucie, że ten tydzień jakoś przeżyję”.

W piątym etapie przechodzimy z „co mógłbym” do „co konkretnie zrobię, kiedy i jak”. Plan nie może być ogólny typu „zacznę o siebie dbać”. To musi być zestaw konkretnych, natychmiastowych kroków:

  • co klient zrobi dziś lub jutro,
  • kto może go w tym wesprzeć (rodzina, znajomi, grupy, instytucje),
  • z jakich źródeł wsparcia skorzysta (Ośrodek Interwencji Kryzysowej, telefon zaufania, lekarz, prawnik),
  • jakie pozytywne aktywności włączy – ale tylko takie, które sam akceptuje (dla jednego to spacer z psem, dla innego telefon do przyjaciela, dla jeszcze kogoś – pójście do pracy zamiast leżenia w łóżku).

Istotne jest, by plan był realistyczny. Lepiej trzy proste kroki niż dziesięć, których i tak nie uda się zrealizować. W tle cały czas oceniamy poziom ryzyka i dostosowujemy plan do tego, na ile klient jest w stanie działać samodzielnie, a gdzie trzeba większej ochrony.

PRO TIP: Dobrze jest, jeśli choć część działań klient może zaznaczać jako wykonane – na kartce, w telefonie, w aplikacji. To będzie bardzo przydatne w kolejnym etapie.

Plan jest zawsze otwarty – możemy go modyfikować na bieżąco. W polskich realiach często zawiera też listę konkretnych miejsc: nazwy poradni, OIK, numery telefonów zaufania, adresy punktów pomocy socjalnej.

Etap 6: Uzyskanie zobowiązania – małe kroki, sukcesy i sens istnienia

Jednego z klientów zapytałem kiedyś: „Na ile w skali 0–10 wierzysz, że dasz radę zrealizować ten plan?”. Odpowiedział: „Na 3”. To był dla mnie jasny sygnał, że jesteśmy jeszcze przed właściwym zobowiązaniem, nie po.

W szóstym etapie chodzi o coś więcej niż tylko „podpisanie kontraktu”. To moment, w którym:

  • podsumowujemy dotychczasową pracę,
  • klient świadomie zobowiązuje się do realizacji ustalonego planu i przestrzegania zasad bezpieczeństwa (w tym kontynuacji kontraktu niesuicydalnego, jeśli jest potrzebny),
  • wyznaczamy sposób monitorowania (kolejne spotkania, kontakty telefoniczne, możliwość skorzystania z telefonu zaufania).

Tutaj szczególnie przydają się strategie behawioralne:

  • restrukturyzacja poznawcza – wracamy do myśli, które były na początku, i konfrontujemy je z nowymi doświadczeniami („Na początku mówiłeś, że kompletnie nie masz wpływu. Dziś masz za sobą trzy konkretne działania – co to zmienia w twoim myśleniu o sobie?”),
  • lista sukcesów – nawet drobnych: „wyszedłem z domu”, „zadzwoniłem do przyjaciela”, „poszedłem do lekarza”,
  • metoda małych kroków – zamiast skoku „z depresji do pełni życia” rozpisujemy sensowne mini‑cele na najbliższe dni i tygodnie.

Wszystko to służy jednemu: stopniowemu budowaniu poczucia sensu istnienia i sprawstwa. Nie w wielkich słowach, ale w bardzo konkretnych, codziennych działaniach.

Zobowiązanie ma formę kontraktu – czasem spisanego, czasem ustnego, ale w obu przypadkach jasno omówionego. Zwykle dotyczy ono okresu do około 10 spotkań. Po tym czasie robimy bilans: jeśli objawy się wyraźnie zmniejszyły, możemy zakończyć interwencję lub przejść do innej formy wsparcia. Jeśli nie – otwarcie rozmawiamy o psychoterapii, leczeniu psychiatrycznym, intensywniejszej pomocy.

Elastyczność modelu – w praktyce rzadko idzie „książkowo”

W podręczniku etapy idą pięknie po kolei: 1, 2, 3… 6. W realnej pracy bywa, że:

  • zaczynasz od bezpieczeństwa (etap 2), bo ktoś dzwoni i mówi, że właśnie siedzi z tabletkami w ręku,
  • dopiero po opanowaniu sytuacji wracasz do dokładnego definiowania problemu (etap 1),
  • wspieranie (etap 3) przeplata się z rozważaniem możliwości (etap 4) w obrębie jednej rozmowy.

W Polsce ta elastyczność jest jedną z przyczyn, dla których model tak dobrze przyjął się m.in. w szkołach i poradniach. Specjaliści wiedzą, że kolejność kroków można zmieniać, jeśli wymaga tego stan klienta – byle trzymać w głowie całą strukturę i nie pomijać kluczowych elementów: oceny ryzyka, bezpieczeństwa, planu i zobowiązania.

Gdzie ten model rzeczywiście działa? Szkoła, wojsko, OIK

Szkoła

W pracy szkolnej ten model to często „szkielet” reagowania na sytuacje typu: samookaleczenia, przemoc rówieśnicza, nagłe załamania w domu. Dostosowuje się go do specyfiki uczniów – w tym tych z SPE czy ASD – np. uproszczając język, włączając rodziców, pracując więcej na obrazach niż słowach.

Pamiętam ucznia w spektrum autyzmu, który na pytanie „Co się stało?” wzruszał tylko ramionami. Dopiero, gdy narysowaliśmy sytuację na kartce (kto, gdzie, kiedy), zaczęło to dla niego być „ogarnialne” – etap 1 musiał wyglądać inaczej niż w klasycznej rozmowie.

W szkołach model łączy się z:

  • szybką oceną zagrożenia (samobójczego, przemocowego),
  • włączaniem rodziców i pedagoga,
  • korzystaniem z telefonów zaufania dla młodzieży,
  • kierowaniem do poradni lub OIK, gdy sytuacja przekracza zasoby placówki.

Wojsko

Na poligonach czy misjach zagranicznych, także w miejscach takich jak Afganistan, sześcioetapowy model bywa używany jako podstawa interwencji wobec żołnierzy w skrajnym stresie. W grę wchodzą nie tylko traumatyczne wydarzenia, ale też:

  • przewlekłe przeciążenie,
  • izolacja od rodziny,
  • sięganie po substancje psychoaktywne (np. amfetaminę) jako sposób „radzenia sobie”.

Tu interwencja musi uwzględniać profilaktykę uzależnień, psychoedukację, szybkie decyzje dotyczące zdolności do pełnienia służby. Czasem niewielkie, szybkie działania w duchu modelu 6‑etapowego pozwalają uniknąć dużo poważniejszych konsekwencji.

Ośrodki Interwencji Kryzysowej i pomoc specjalistyczna

W Ośrodkach Interwencji Kryzysowej ten model stał się w wielu miejscach praktycznym standardem. Używa się go przy:

  • przemocy domowej,
  • żałobie,
  • nagłych rozstaniach,
  • próbach samobójczych,
  • nagłych kryzysach zdrowotnych czy prawnych.

Pracownicy często analizują case study, aby dopasowywać etapy do bardzo różnych scenariuszy. Oficjalnych statystyk skuteczności nadal brakuje, ale to, że model od lat jest stosowany i omawiany m.in. na dużych kongresach – takich jak Ogólnopolski Kongres Psychologów i Psychoterapeutów czy Ogólnopolski Kongres Pedagogów i Psychologów Szkolnych – wiele mówi o jego wartości w praktyce.

Jakie są realne korzyści i gdzie są granice tego modelu?

Wiele osób po interwencji opisuje podobne doświadczenie: „Emocje dalej są, ale przestały mnie zalewać”. To jeden z głównych efektów dobrze poprowadzonej interwencji w tym modelu:

  • obniżenie intensywności emocji i poczucia chaosu,
  • przywrócenie minimalnego poczucia kontroli,
  • zmniejszenie ryzyka dekompensacji – czyli rozpadu dotychczasowego funkcjonowania,
  • złagodzenie objawów stresu traumatycznego,
  • zbudowanie pierwszych, prostych strategii radzenia sobie (w tym elementy restrukturyzacji poznawczej).

Model jest prosty, ale nie prymitywny. Daje jasne ramy, które można stosować w różnych miejscach – od telefonu zaufania po gabinet. W Polsce bywa traktowany jako standard pierwszej pomocy psychologicznej.

Ma jednak swoje ograniczenia. To nie jest psychoterapia ani „kompletne leczenie”. Przy ciężkich zaburzeniach (np. PTSD z licznymi objawami, poważne epizody depresyjne, zaburzenia psychotyczne) interwencja:

  • stabilizuje sytuację,
  • zmniejsza ryzyko,
  • pomaga „dotrwać” do właściwego leczenia,

ale nie zastąpi długoterminowej pracy terapeutycznej czy farmakoterapii. I o tym zawsze trzeba z klientem rozmawiać wprost.

Kim jest interwent kryzysowy – i co musi umieć, poza „byciem miłym”?

Wiele osób wyobraża sobie interwenta jako „pana z poradni”. W rzeczywistości to najczęściej:

  • psychologowie,
  • pedagodzy,
  • terapeuci,
  • pracownicy Ośrodków Interwencji Kryzysowej,
  • członkowie zespołów interwencji kryzysowej.

Sam dyplom to za mało. W tej pracy kluczowe są:

  • empatia – zdolność do wejścia na chwilę „w buty” klienta,
  • autentyczność – mówienie normalnym językiem, przyznawanie się do niewiedzy zamiast udawania eksperta od wszystkiego,
  • akceptacja – brak oceniania i moralizowania, nawet jeśli wartości klienta bardzo różnią się od naszych.

Do tego dochodzą:

  • umiejętność szybkiej oceny ryzyka (samobójczego, przemocowego),
  • sprawne podejmowanie decyzji pod presją,
  • bardzo konkretne kompetencje komunikacyjne (zadawanie pytań, nazywanie emocji, stawianie granic).

I coś, czego laik zwykle nie widzi: regularne superwizje. To przestrzeń, w której interwent:

  • ogląda własną pracę z boku,
  • uczy się na błędach (swoich i cudzych),
  • dba o własne zdrowie psychiczne.

Bez tego łatwo wpaść w wypalenie albo w przekonanie, że „ja wiem lepiej, co dla klienta dobre” – a to prosta droga do nadużyć.

Interwencja kryzysowa a psychoterapia – jak to od siebie odróżnić?

W skrócie:

  • Interwencja kryzysowa – krótka, zwykle do kilku–kilkunastu spotkań, skupiona na stabilizacji i bezpieczeństwie. Mówimy głównie o tym, co się dzieje teraz i co można z tym zrobić w najbliższych dniach i tygodniach.
  • Psychoterapia – proces długoterminowy, skupiony na głębszej zmianie: schematów, przekonań, sposobów przeżywania relacji, często z pracą nad przeszłością.

W praktyce często wygląda to tak:
ktoś trafia do interwencji, bo „wszystko się zawaliło” – rozstanie, diagnoza, utrata pracy, próba samobójcza. Przez ok. 3 miesiące pracujemy nad tym, by:

  • poziom emocji był do uniesienia,
  • ryzyko było jak najniższe,
  • były konkretne strategie na „tu i teraz”.

Jeśli po tym czasie osoba nadal cierpi, ale już funkcjonuje na tyle, że może wejść w głębszą pracę – interwencja płynnie przechodzi w terapię (czasem u tego samego specjalisty, czasem u innego).

Kilka najczęściej padających pytań – w ludzkim języku

Czy interwencja kryzysowa to to samo co terapia?
Nie. Interwencja jest jak szybka pomoc na SOR‑ze – stabilizuje, ratuje, kieruje dalej. Terapia jest jak długoterminowe leczenie i rehabilitacja – pracuje nad przyczynami i głębszą zmianą. Bardzo często interwencja jest pierwszym krokiem, a terapia – kolejnym.

Czy 6‑etapowy model jest sztywny?
Na papierze wygląda jak procedura, w praktyce jest ramą. Etapy można mieszać, wracać do wcześniejszych, skracać lub wydłużać – byle nie zgubić kluczowych elementów: oceny ryzyka, bezpieczeństwa, wsparcia, planu i zobowiązania. W szkołach, ośrodkach i wojsku dostosowuje się go do realiów danego miejsca.

Jak w praktyce dba się o bezpieczeństwo podczas interwencji?
Najpierw – otwarcie rozmawia się o zagrożeniach: samobójczych, przemocowych, zdrowotnych. Potem tworzy się możliwie bezpieczne warunki: ogranicza dostęp do środków, organizuje wsparcie bliskich, wskazuje miejsca, gdzie można zadzwonić lub pójść w kryzysie. A gdy zagrożenie jest bezpośrednie – bez wahania włącza się pogotowie, policję, szpital, zespoły kryzysowe.

Jeśli pracujesz z ludźmi w kryzysie – czy zawodowo, czy jako ktoś, do kogo inni często dzwonią „w najgorszej chwili” – znajomość tego modelu nie zrobi z ciebie od razu terapeuty. Ale da ci porządną, praktyczną mapę, dzięki której łatwiej będzie ci nie zgubić ani siebie, ani tego, komu pomagasz.